Nie Mówcie że Nie Mamy Niczego na Allegro.pl - Zróżnicowany zbiór ofert, najlepsze ceny i promocje. Wejdź i znajdź to, czego szukasz!
Z Wiesławem Słowikiem SJ, duszpasterzem Polonii australijskiej, rozmawia Józef Augustyn SJ Ojciec urodził się w Starej Wsi koło Brzozowa, gdzie jezuici mają swój nowicjat. Wychowywał się więc Ojciec pod ich okiem i bardzo wcześnie wstąpił do Towarzystwa Jezusowego. Rzeczywiście wstąpiłem do jezuitów 31 lipca 1959 roku, kiedy nie miałem jeszcze piętnastu lat, a do jezuitów przyjmowali po ukończeniu piętnastego roku życia. Mnie brakowało trzech miesięcy. Byłem już po obłóczynach, gdy zawołał mnie do siebie mistrz nowicjatu, ojciec Wojciech Krupa SJ, i przedstawił mi trzy możliwości rozwiązania tej sytuacji. Po pierwsze, powrót do domu. To nie wchodziło w grę, ponieważ ojciec, przeciwny mojemu wstępowaniu do zakonu w tak młodym wieku, podpisując mi zgodę, powiedział: „Tylko mi nie wracaj”. Do domu nie mogłem więc wrócić. Po drugie, wyjazd i „ukrycie się” na przykład w Kaliszu, gdzie w tym czasie także był jezuicki nowicjat. Ostatecznie wybraliśmy trzecią opcję: nikomu nic nie mówić i przeczekać do dnia moich piętnastych urodzin, czyli do 21 października. Oficjalnie wstąpiłem więc do Towarzystwa 22 października 1959 roku, a pierwsze miesiące byłem w nowicjacie „nielegalnie”. Jak rodziło się Ojca powołanie? Jako kilkuletni chłopiec na pytanie o to, kim chcę zostać, podobno odpowiadałem: „Będę księdzem”. Rodzice często to wspominali i trochę się nawet ze mnie podśmiewali, czego wstydziłem się jako dorastający chłopak. Pamiętam też, że już jako nastolatek bardzo gorąco się modliłem. Mogłem modlić się bez końca. W drodze do i ze szkoły nie przeszedłem obok kościoła, żeby nie wstąpić na chwilę modlitwy. A kiedy chodziłem do gimnazjum, przechodziłem obok dwóch kościołów – w Starej Wsi i Brzozowie. W obydwu musiałem się zatrzymać. Często w nocy, kiedy wszyscy spali, klękałem przed wiszącym w naszym domu wizerunkiem Matki Bożej Starowiejskiej i długo się modliłem. Ojciec nieraz musiał mnie wyganiać do spania. Wiele w tej modlitwie było spontaniczności, własnych słów i myśli, ale i Ojcze nasz, i Zdrowaś Mario, był różaniec, litanie. Pasąc krowy, czytałem Pismo Święte. Ewangelie wręcz pochłonąłem. Dziwiło mnie tylko, dlaczego w kolejnych jest to samo. Dopiero św. Jan mnie naprawdę zachwycił. To pragnienie modlitwy wspominam dziś jako ogromną łaskę. To była modlitwa spontaniczna, jak mówiłem, nieuładzona, ale znacznie bogatsza – jak mi się zdaje – niż ta wystudiowana, wyuczona… Ta według reguł św. Ignacego Loyoli? Oczywiście obie są piękne. Dziś to wiem, ale przyznam, że moją chłopięcą modlitwę wspominam z rozrzewnieniem. To była przedziwna droga do powołania. Bo z jednej strony dużo się modliłem i miałem w sobie wewnętrzne przekonanie, że muszę zostać jezuitą, że tylko wówczas będę szczęśliwy. A z drugiej, nie chciałem słuchać tego głosu, dyskutowałem z nim. Dlaczego? Miałem wiele do zarzucenia osobom zakonnym. Na przykład siostrom służebniczkom starowiejskim. Chodziłem do przedszkola prowadzonego przez nie, a ponieważ byłem łobuzem, siostry na różne sposoby mnie dyscyplinowały, co odbierałem jako niesprawiedliwe kary. Oczywiście z perspektywy czasu widzę, że siostry były surowe i wymagające, ale jednocześnie były wspaniałymi wychowawczyniami. Wtedy jednak inaczej na to patrzyłem. Miałem też przykre doświadczenie z jezuitami, w trzeciej albo w czwartej klasie. Otóż obok klasztoru ojców jezuitów był sad. Dla nas, małych chłopców, był zawsze pociągający. Kiedyś z bratem i naszym kolegą wybrałem się „na jabłka” do jezuitów. To była pora obiadu, w sadzie pusto. Kolega wskoczył na jedną z jabłoni i zaczął potrząsać drzewem, a ja i brat zbieraliśmy jabłka. Nagle pojawił się jakiś młody jezuita i zaczął na nas krzyczeć: „Wy złodzieje!”. Zostawiliśmy te jabłka i uciekliśmy. Byliśmy przestraszeni, ale nic nikomu nie powiedzieliśmy. Na drugi dzień, na lekcji religii w mojej klasie uczący nas ojciec Ambroży Miosga SJ kazał zawołać z innej klasy mojego brata i tego kolegę. Kiedy przyszli, odbył się nad nami trzema sąd. To była przykra sprawa, ogromny wstyd. Zupełnie się wtedy rozkleiłem. Ojciec Miosga wysłał mnie do domu. Bez brata. Gdy przyszedłem do domu, za chwilę doszedł kolega z listem od księdza do moich rodziców. Takiego lania jak wtedy nigdy wcześniej ani później nie dostałem. Mama strasznie mnie stłukła, a kiedy wrócił ze szkoły mój brat, złość już jej przeszła i jemu się nie dostało. Ten dzień w szczegółach pamiętam do dziś i przyznam, że bardzo mnie to wydarzenie zraziło do jezuitów. Byli na szczęście także inni, którzy pomogli Ojcu rozeznać powołanie. Oczywiście. Pamiętam na przykład wspaniałe kazania ojca Aleksandra Preisnera SJ i ojca Jana Preisnera SJ, które przemawiały do mojej wyobraźni, albo kazania pasyjne ojca Józefa Chromika SJ. Fascynowała mnie Msza święta, nabożeństwa, byłem ministrantem, ale jednocześnie czułem lęk przed jezuitami. Miałem do nich jakieś pretensje. To się jednak zmieniło. Dużą rolę w tym odegrał wspomniany ojciec Chromik, człowiek charyzmatyczny. W tym czasie był socjuszem mistrza nowicjatu w Starej Wsi. Znane są „powołania ojca Chromika”, bo on naprawdę troszczył się o powołania i potrafił pomóc w ich rozeznaniu. Umiał rozmawiać z młodymi ludźmi i zainteresować ich odpowiedzią na Boże wezwanie. Ojciec Chromik powiedział mi, że jeśli myślę o jezuitach, to po siódmej klasie mogę wstąpić do małego seminarium, jakie jezuici otwierali wtedy w Kłodzku, we Wrocławiu i bodajże w Nowym Sączu. Napisałem więc podanie do ojca prowincjała Celestyna Szawana SJ z prośbą o przyjęcie, ale prowincjał odmówił. Napisał, że to jest niepotrzebne, że mam blisko do szkoły, że mam na miejscu jezuitów… Pewnie gdybym był prowincjałem, to samo bym napisał. Ale ta odmowa stała się dla mnie kolejnym hamulcem. Kolejna próba powołania. Tak na to patrzę z perspektywy czasu. Zrażony odmową przestałem zastanawiać się nad wstąpieniem do jezuitów. Chodziłem do gimnazjum, nawet nieźle się uczyłem, nadal gorąco się modliłem, ale wyglądało na to, że uciszyłem w sobie myśli o kapłaństwie. Byłem w ósmej klasie, kiedy któregoś dnia, wracając ze szkoły, spotkałem na drodze ojca Chromika. To było w Wielkim Poście. Ja szedłem na nogach, ojciec jechał bryczką. Zabrał mnie do tej bryczki i zaczął wypytywać, gdzie się ukrywam i co z moim powołaniem. Powiedział, że będą teraz nowe możliwości, że jezuici będą przyjmować po ósmej klasie i że u jezuitów będzie można robić maturę. To był dla mnie impuls do działania. Ponownie więc napisałem podanie, zdałem egzaminy… Najtrudniejsze okazało się zdobycie zgody ojca. Tata – jak wspomniałem – długo nie chciał się zgodzić. Udało się jednak. Byłem w nowicjacie i tam również czułem wsparcie ojca Chromika. Dbał o nasze wychowanie, dyscyplinował nas w sposób przemyślany i konsekwentny, ale jednocześnie ludzki. Pamiętam, że zwracał uwagę nie tylko na naszą formację duchową, lecz także na kulturę osobistą. Uczył nas na przykład savoir-vivre’u. Nigdy nie wytykał nam błędów publicznie, ale robił to w sposób dyskretny. Było w tym wiele serca. Z kolei mistrz nowicjatu – ojciec Krupa – uchodził za bardzo surowego jezuitę. W latach 1947-1955 był przełożonym Prowincji Małopolskiej Towarzystwa Jezusowego, kierował prowincją w trudnych latach stalinizmu. To wtedy przecież odbywał się proces Władysława Gurgacza SJ, kapelana antykomunistycznego oddziału, którego komuniści skazali na karę śmierci i rozstrzelali w 1949 roku na Montelupich w Krakowie. Ojciec Krupa bał się o przyszłość Towarzystwa. Z pewnością był straszony likwidacją zakonu. Komuniści mieli przecież takie plany. Wielu jezuitów było w tym czasie uwięzionych. Dlatego – zapewne z troski o Towarzystwo – był surowy, ostrożny i drobiazgowy. Przynajmniej za takiego uchodził. Dla nas, nowicjuszy, był jednak jak ojciec. Pamiętam, że pozwolił nam ściągnąć sutanny i grać w piłkę na boisku w pobliskiej Przysietnicy. Sam z nami tam chodził. Rzeczywiście był drobiazgowy. Uważał, że właśnie w drobiazgach kryje się świętość. Uczył nas troski o te drobiazgi: o zakrystię, o paramenty liturgiczne. Czyściliśmy kielichy mszalne pastą do zębów, bo niczego innego wtedy nie było. Wielką wagę przykładał do śpiewu liturgicznego, uczył nas śpiewów gregoriańskich. Nie wtrącał się w kwestie dotyczące dyscypliny. Te zostawiał ojcu socjuszowi. I on robił to skutecznie. Nowicjat wspominam jako naprawdę piękny czas. Nie miał Ojciec wątpliwości? Miałem taką pokusę przed pierwszymi ślubami. Wszyscy nowicjusze z mojego rocznika złożyli śluby, a ja – jak już mówiłem – musiałem czekać do października, aż zostanę oficjalnie przyjęty do Towarzystwa. Przed tymi ślubami dopadły mnie straszliwe niepokoje i wątpliwości, czy się nadaję. Śluby jednak złożyłem. Później przez trzy lata robiłem w Starej Wsi tak zwany scholastykat, czyli rodzaj małego seminarium – dziewiątą, dziesiątą i jedenastą klasę. Uczyliśmy się w klasztorze, a na koniec roku szkolnego jeździliśmy do Rzeszowa na eksternistyczne egzaminy przed komisją państwową. W klasztorze naszymi profesorami byli jezuici – wspaniali nauczyciele i wychowawcy, wśród nich dawni profesorowie z jezuickiego Zakładu Naukowo-Wychowawczego w Chyrowie. Rektorem był ojciec Stefan Weidel SJ, podczas drugiej wojny światowej organizator i dyrektor tajnego nauczania w Starej Wsi. Ojciec Weidel uczył nas języka polskiego. Historię i geografię wykładał ojciec Józef Pietruszka SJ. Geografem nie był wielkim, ale za to wspaniałym historykiem. Przedmiotów ścisłych – matematyki, fizyki i chemii – uczył nas ojciec Kazimierz Krzyżak SJ. Nauczycielem języka rosyjskiego był ojciec Leon Wilk SJ, który wiele mówił nam przede wszystkim o historii Związku Radzieckiego, na przykład prawdę o rewolucji październikowej. Bardziej nas uświadamiał politycznie niż uczył rosyjskiego. Ojcowie profesorowie realizowali z nami obowiązujący wówczas w szkołach państwowych program nauczania, ale często uzupełniali nasze wiadomości o „prawdę historyczną”. Każda lekcja była ogromnym przeżyciem. Na początku mieliśmy niemal nauczanie indywidualne, bo w dziewiątej klasie było nas siedmiu. Z każdym kolejnym rokiem liczba powołań rosła i w klasie maturalnej było nas już dwudziestu. Jak wyglądały egzaminy przed państwową komisją? Egzaminy na zakończenie kolejnych klas były pisemne. Zdawaliśmy je gładko w ramach tak zwanego Uniwersytetu Robotniczego. Byliśmy przecież doskonale przygotowani. Gorzej było z maturą. To był bardzo trudny egzamin. Zdawało się materiał z każdego przedmiotu i ze wszystkich klas. Wiedzę mieliśmy, ale egzaminatorzy nie pytali nas po to, by ją sprawdzić. Wielu, zwłaszcza nauczyciele mężczyźni, chcieli nas po prostu oblać. To była walka ideowa. Pamiętam, że na egzaminie maturalnym z chemii jeden z kuratorów po serii różnych pytań kazał mi przedstawić proces produkcji piwa. Ja z chemii byłem bardzo dobry, więc wszystko ładnie mu powiedziałem, po czym usłyszałem: „Zdasz, jeśli mi powiesz, co jest najpożywniejsze w piwie”, a wyraźnie był pod wpływem tegoż piwa. Ja mówię: „Skrobia”. „A gdzie ta skrobia jest w tym piwie?” „Jak gdzie? No w piwie” – odpowiadam. „Nie w piwie. W pianie, proszę pana, i dlatego nie wolno tej piany zdmuchiwać”. I zdał Ojciec? Zdałem, ale jako jeden z nielicznych. Było nas jak wspomniałem dwudziestu, a zaliczyło tylko trzech. Komisja obradowała kilka godzin. Z sali co chwilę wychodziły zapłakane egzaminatorki. Z żalem mówiły, że jeszcze nigdy zdający tak dobrze nie odpowiadali, a oni chcą nas oblać. Spodziewaliśmy się tego. Ojcowie nas na to przygotowywali. Ci, którzy nie zdali matury w Rzeszowie, parę miesięcy później bez problemu zdali ją przed komisją w Krakowie. Kolejny etap w jezuickiej formacji to studia filozoficzne. Mieliśmy je rozpocząć na Wydziale Filozoficznym Towarzystwa Jezusowego w Krakowie. Obawialiśmy się tego trochę, bo wykłady z filozofii były wtedy prowadzone po łacinie, a my mieliśmy w tym względzie niewielkie braki. Przez wakacje uczyliśmy się więc łaciny. Z tego okresu pamiętam też atmosferę ogromnej niepewności. Władze komunistyczne chciały bowiem mieć wpływ na kształt naszych studiów, na program nauczania. W przeciwnym razie groziły, że zamkną wydział. Prymas się oczywiście nie zgodził i przygotowywaliśmy się na likwidację naszej uczelni, na to, że przyjdą i wyrzucą nas na ulicę. Takie rzeczy zdarzały się przecież wcześniej. Wydział jednak nie został zamknięty? Nie, ale zamiast tego w październiku 1964 roku dwudziestu czterech z trzydziestu kleryków dostało powołanie do wojska. To było ogromne zaskoczenie, ale z drugiej strony ulga, że nas nie zamkną. W ciągu dziesięciu dni mieliśmy dotrzeć do naszych jednostek, każdy gdzie indziej i w innym terminie. Zaczęliśmy się więc pakować, żegnać, codziennie odprowadzaliśmy kogoś na dworzec i z każdym dniem odprowadzających było coraz mniej. Ja dostałem powołanie do jednostki w Unieściu, niedaleko Mielna Koszalińskiego. To wzbudziło zainteresowanie jednego z naszych niedoszłych wykładowców, ojca Franciszka Bargieła SJ, ponieważ do Mielna jeździł on w odwiedziny do ks. Kazimierza Zielińskiego, eksjezuity. I u niego kazał mi się zatrzymać w drodze do jednostki. Z Krakowa dojechałem do Koszalina, a ponieważ miałem jeszcze trochę czasu, chciałem w koszalińskiej jednostce odwiedzić Stanisława Dolańskiego SJ, który był tam już od kilku dni. Oczywiście wartownik mnie nie wpuścił, a gdy mu powiedziałem, że też idę do wojska, zapytał gdzie. Jak się dowiedział, powiedział tylko: „O, to karna jednostka, dadzą ci tam popalić”. Z Koszalina pojechałem do Mielna, przywitałem się z morzem i poszedłem do ks. Zielińskiego, a on mi mówi, żebym ściągnął sutannę. Bo my oczywiście wszyscy chodziliśmy w sutannach. To był nasz codzienny strój. Jednak idąc do jednostki – za radą ks. Zielińskiego – by nie prowokować od samego początku, zdjąłem ją. W jednostce pierwsze, co mnie uderzyło, to wulgarny język. To był dla mnie szok. Szybko się zorientowałem, że są tam sami kryminaliści, od dowódcy po szeregowych. Przybyłem w wyznaczonym terminie, ale okazało się, że jestem spóźniony, gdyż wszyscy już są. Zaczęły się pytania dowódcy, dlaczego tak późno, skąd się wziąłem, ile mam klas… Gdy powiedziałem, że mam maturę, nie wierzył. Powiedział dosłownie: „To co wy tu, k… robicie?”. A potem dodał: „Słowik, nie mówicie nikomu, że macie maturę, a ja was zrobię moim sekretarzem”. Jednym z moich zadań było pisanie dowódcy wypracowań, na przykład na temat Lalki Bolesława Prusa, bo dowódcy kazali robić maturę, a on był – jak mówił – dzieckiem pułku i o co chodzi w Lalce nie wiedział. Potem pisałem też kapralom listy do dziewczyn. Zresztą to nie były jedyne dziwne rzeczy, które tam robiłem. Śpiewałem też w różnych przedstawieniach, między innymi w przygotowywanym z okazji zbliżającego się millennium chrztu państwa polskiego, które przez władze obchodzone było jako millennium powstania państwa polskiego. To przedstawienie odbyło się także w dniu mojej przysięgi, na którą niespodziewanie przyjechał ze Starej Wsi mój ojciec. Był bardzo dumny, bo chociaż jeden jego syn poszedł do wojska. Kiedy jednak zobaczył mnie, jak śpiewam miłosny duet z żoną dowódcy – kleryk jezuicki – zaniemówił. Czy faktycznie dali tam Ojcu „popalić”, jak straszył Ojca wartownik w Koszalinie? Były chwile, że nie pamiętałem, jak się nazywam, dosłownie. Przez trzy – cztery godziny maszerowaliśmy na przykład w deszczu, a kapral, któremu słoń nadepnął na ucho, uczył nas śpiewu, wydzierając się każdemu do ucha. Albo budzono nas kilka razy w nocy i musieliśmy się przeczołgać w terenie, na przykład po wydmach. Po takiej „wycieczce” z butów wylewaliśmy krew zmieszaną z piachem. Nie było więc łatwo, ale były i jaśniejsze dni. Pamiętam, że przed pierwszym Bożym Narodzeniem dostałem paczkę żywnościową z Krakowa od ojca Zbigniewa Zalewskiego SJ, który był w tym czasie bardzo chory i częściowo sparaliżowany. Po przyjeździe do Krakowa na studia opiekowaliśmy się nim. I potem, na te nasze pierwsze święta w wojsku, ojciec Zalewski każdemu – dwudziestu kilku klerykom – przesłał paczki z opłatkiem, jabłkami, jakimś ciastem. To było coś niesamowitego. Wspominam to do dziś, bo ojciec Zalewski był w tym czasie umierający. Nie doczekał już następnego Bożego Narodzenia. Zmarł w listopadzie 1965 roku. Jak przyszła ta paczka, dowódca mnie zawołał i powiedział, że mogę jechać na święta do domu, bo nie chcą mieć w jednostce żadnych kolęd, a ja, jako kleryk, mógłbym chcieć te kolędy śpiewać. Dostałem wtedy pięć dni urlopu. Nie dojechałem na Wigilię. Dotarłem do domu tuż po Pasterce. Kiedy wróciłem, czekało na mnie przeniesienie do Szczecina. Dowódca nawet trochę się buntował, wysłał protest do dywizji, potem do Ministerstwa Obrony Narodowej, ale nic to nie dało. Z ministerstwa przyszła taka odpowiedź, że od razu wsadzili mnie do gazika i zawieźli na dworzec na pociąg do Szczecina. Dojechałem tam w nocy i pierwszą osobą, którą spotkałem, był kolega z roku Ludwik Ryba SJ. Było nas tam siedmiu, między innymi Czesław Kozłowski SJ, Herbert Paweł Krawczyk SJ, Kazimierz Wójt SJ. Co to była za jednostka? To była kompania saperów w 41. Pułku Piechoty. Panowały tam o wiele lepsze warunki bytowe niż w Unieściu. Zostaliśmy rozdzieleni do siedmioosobowych drużyn. Część drużyny to byli klerycy, a część polityczni, którzy mieli za zadanie dać nam zdrowo popalić i indoktrynować nas. Wykładali nam na przykład filozofię marksistowską albo marksistowską ekonomię polityczną, ale między nami był wspomniany wcześniej Kaziu Wójt, który miał już za sobą studia filozoficzne, i on nie bał się naszych „nauczycieli” przycisnąć do muru. Kolejni partyjni wymiękali przy nim. Nie potrafili odpowiedzieć na nasze pytania i wycofywali się. Raz zawołał mnie dowódca plutonu, ekskleryk w stopniu porucznika, i zapytał: „Co wy tu, Słowik, robicie? Przecież jesteście inteligentni, macie maturę, moglibyście studiować medycynę, prawo, cokolwiek i gdziekolwiek zechcecie. Damy wam mieszkanie, parę złotych na początek. Wystarczy tylko jedno słowo, że nie wracacie do zakonu”. Co Ojciec odpowiedział? Że mnie to nie interesuje. Ale były też inne formy nacisku. Kiedyś po jakichś ciężkich ćwiczeniach przychodzi do nas politruk i mówi: „Zasłużyliście na odpoczynek. Zabieramy was do kasyna wojskowego. Będzie porządny obiad, kino, dziewczynki, tańce…”. Kto jest za, niech wystąpi. Wystąpili prawie wszyscy, ale ktoś z tyłu syknął: „Przecież dziś Popielec”. Klerycy od razu zrobili krok w tył, a razem z nami także kilku innych żołnierzy. Albo inna sytuacja. Na poligonie podczas strzelania udało mi się trafić trzydzieści punktów na trzydzieści możliwych. Z marszu dostawało się za to pięć dni urlopu. Ja nie dostałem nic, nawet pochwały na apelu. Ale i oni nie mieli z nami łatwo. Mówiłem już o naszych filozoficznych dyskusjach. Raz w tygodniu w kompanijnej świetlicy odbywały się zebrania członków partii. Należeli do niej wszyscy nasi świeccy towarzysze broni. Ludwik Ryba poszedł któregoś dnia na ich zebranie. Zapytany przez zdziwionego politruka, po co przyszedł, powiedział: „Czy to jest zebranie zamknięte?”. „Nie” – usłyszał. „Więc mam prawo tu być” – odpowiedział i usiadł. Nie wiedzieli, co z nim zrobić. Później – skoro członkowie partii mogli się regularnie spotykać – zdecydowaliśmy w wolnym czasie zorganizować sobie kleryckie zebranie w tej samej świetlicy. Z kilku zgromadzeń zakonnych i trzech seminariów diecezjalnych było nas w tej kompanii blisko sześćdziesięciu. Mnie w sam raz przypadła rola prowadzącego. Zaczęliśmy wspominać seminaryjne, spokojne czasy, ale bardzo szybko pojawili się w drzwiach wszyscy trzej oficerowie polityczni z pełnym zdziwienia pytaniem: „Co wy tu robicie?”. „Zapraszamy – odpowiedziałem – zapraszamy do udziału. Nie mamy nic do ukrycia. Omawiamy nasze kleryckie sprawy”. Potem nie było już ani zebrań partyjnych, ani kleryckich. Wspomina Ojciec przełożonych wojskowych i politruków. A jak zachowywali się w stosunku do was zwykli żołnierze? Nie od razu, ale z czasem zżyliśmy się. Bardzo szybko się z nimi zaprzyjaźniliśmy. Dzieliliśmy wspólną służbę i to wspólne doświadczenie jakoś nas łączyło, uczyło solidarności. Nie kwestionowaliśmy ich przynależności do partii, bo wszyscy oprócz nas do niej należeli, ale bywało, że odbywały się „dyskusje natury ideologicznej”. Pamiętam, że kiedyś jeden z żołnierzy zaczął nadawać na jakiegoś księdza, że był okropny, że źle traktował ludzi. Ja na to: „To jeszcze nic. Niedaleko mojej wsi był na parafii ksiądz. Ten to dopiero… Biskup musiał interweniować”. A potem zapytałem, czy w partii wszyscy są doskonali. Powoli kończyły się tego typu zaczepki. Służba wojskowa trwała wtedy dwa lata. Szczęśliwie dotrwaliśmy do końca. W tym czasie rozgłoszono „na mieście”, że w 41. Pułku byli klerycy, ale wszyscy już wystąpili. Chcieliśmy zademonstrować, że to nieprawda. Wymyśliliśmy więc, że gdy nas zwolnią do cywila, grupą przejdziemy w sutannach przez całą jednostkę i udamy się do szczecińskiego Sanktuarium Najświętszego Serca Pana Jezusa, gdzie miała się odbyć wspólna pożegnalna Msza święta. Szczecińscy stoczniowcy obiecali wziąć w niej udział. Ale nie udało się. Doszło do politruków, że szykujemy jakąś klerycką zadymę, i nie pozwolono nam wyjść razem. Całą kompanię – sto dwadzieścia osób – wypuszczali w ciągu dwóch tygodni. Byłem przez to w wojsku jedenaście dni dłużej, niż powinienem. Czy ten czas uważa Ojciec za zupełnie stracony? Z jednej strony była to w jakimś sensie strata, przerwa w życiorysie. Z drugiej jednak, była to też dokonała szkoła życia. Można powiedzieć, że był to czas mojego rzeczywistego dojrzewania. Po powrocie z wojska i krótkim okresie wątpliwości podjąłem świadomą i dojrzałą decyzję. Przeszliśmy najpierw przez „kwarantannę” – dwutygodniowe rekolekcje w Kaliszu, a po powrocie do Krakowa rozpoczęliśmy studia filozofii. Dla mnie był to okres wzmożonych wątpliwości, bo w moim przekonaniu księdzem mógł zostać tylko ktoś idealny, a za takiego się nie uważałem. Chodziłem z tymi wątpliwościami do ojca duchownego, którym był Władysław Mrożek SJ. Przez kilkanaście tygodni niemal codziennie próbowałem go przekonać, że się nie nadaję, że powinienem odejść, a on cierpliwie słuchał i ze stoickim spokojem konkludował: „Wiesz co, nie przekonałeś mnie”. Ostatecznie do odejścia nie przekonałem też samego siebie. W tym samym czasie ojciec prowincjał Stanisław Nawrocki SJ apelował do młodych jezuitów, by zgłaszali się do pracy na misjach, ponieważ jezuici proszą o pomoc w wielu częściach świata. Zgłosiłem się do Australii. Był to rok 1966, a wyjechałem w 1970, jeszcze jako kleryk. Święcenia przyjąłem w 1973 roku już w Melbourne z rąk kard. Karola Wojtyły. Dziesięć lat później, kiedy byłem w Rzymie z osiemdziesięcioosobową grupą polskich pielgrzymów, podczas prywatnej audiencji Jan Paweł II na mój widok wołał do pielgrzymów: „Szanujcie go, bo ja go wam wyświęciłem”.Masz tę piwnice wpisaną jako pomieszczenie przynależne do swojego aktu notarialnego? Jak nie, to piwnica jest częścią wspólna, a nie twoja Gdzie była stara kanalizacja, to nie ma znaczenia. Jak to mówią: "Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr". Podczas remontu zazwyczaj tak się zdarza, że nie ma możliwości poprowadzenia nowej instalacji tymi samymi trasami, albo też jest to nieuzasadnione z różnych przyczyn, względnie zmieniły się przepisy. Najlepszym przykładem jest remont instalacji gazowej z licznikami w lokalach, które po remoncie już w tych lokalach nie mogą się znaleźć. [cite] mastek1:[/cite]bez mojej zgody i wiedzy wspólnota przeprowadzila je wczasie remontu czy miala do tego prawo??? No, ale ktoś im tę piwnicę musiał udostępnić. Nikt Cię nie powiadomił o planowanym remoncie? Przecież musiała być jakaś uchwała, projekt techniczny, albo przynajmniej jakieś rozmowy na ten temat? A gdzie byłeś w czasie remontu? Pozdrawiam. tak mam ja wpisana do aktu notarialnego nigdy jej nie zamykalem bo nic tam cennego nie mam bylem za granica robili nowe przylacze i poszli na latwizne i tyle gdy ruszylem ten temat na zebraniu stwierdzil nasz zarządca ze mial prawo na wydanie takiej zgody Jak jej nie zamykałeś to zrobili co chcieli. Gdybyś ją zamknął to nikt nie ważył by się włamać do twojej piwnicy. [cite] mastek1:[/cite]Witam mam pytanie związane z rurami kanalizacji które przebiegają przez moja prywatna piwnice bez mojej zgody i wiedzy wspólnota przeprowadzila je wczasie remontu czy miala do tego prawo??? dodam ze stara kanalizacja byla w innym miejscu. Piwnicę mam wpisana do aktu notarialnego nigdy jej nie zamykalem bo nic tam cennego nie mam bylem za granica robili nowe przylacze i poszli na latwizne i tyle gdy ruszylem ten temat na zebraniu stwierdzil nasz zarządca ze mial prawo na wydanie takiej zgody Bez twojej zgody nie mieli prawa poprowadzić nowej nitki kanalizacyjnej , Możesz żądać od wspólnoty odszkodowania lub żądać przeniesienia ich na części wspólne. Nie mam pewności, czy rzeczywiście. Jest też czasem tak, że w razie konieczności trzeba wejść do lokalu, na przykład celem wyposażenia nieruchomości w dodatkowe instalacje. Może było powiadomienie i może był brak reakcji. Nie wiemy tego. Delikwent napisał, że przebywał za granicą. Być może nie udało się z nim nawiązać kontaktu, może wrzucono mu do skrzynki powiadomienie itp. Nie znamy sprawy, nie ferujmy wyroków. [cite] czajnik5[/cite]Nie mam pewności, czy rzeczywiście. Jest też czasem tak, że w razie konieczności trzeba wejść do lokalu, na przykład celem wyposażenia nieruchomości w dodatkowe instalacje. jeżeli miałby być tak , jak opisujesz czajnik5 , Wspólnota jest zobowiązana uzyskać sądowy nakaz (taka winna być praktyka) , a nie korzystać z okazji ... a nie decyzją Zarządcy (!!!!) wchodzić do własnościowego lokalu. [cite]mastek1:[/cite]gdy ruszylem ten temat na zebraniu stwierdzil nasz zarządca ze mial prawo na wydanie takiej zgody Dzisiaj to jest niezamknięta piwnica i wasza zgoda , a jak jutro będzie to lokal mieszkalny czy niemieszkalny ? Może masz rację, może nie. Ja tu nie osądzam, za mało danych. Wiem jedno - właściciel powinien się interesować swoją własnością. : ) Pozdrawiam. [cite] KubaP:[/cite] Możesz żądać od wspólnoty odszkodowania lub żądać przeniesienia ich na części wspólne. No tak, tylko, że tę szkodę trzeba udowodnić. A jeżeli nie możliwości przeniesienia, to wtedy? Nie mniej jednak, naruszyli moim zdaniem prawo. ZARZĄDCA PORTAL INFORMACYJNY II [cite] Zarządca:[/cite] [cite] KubaP:[/cite] Możesz żądać od wspólnoty odszkodowania lub żądać przeniesienia ich na części wspólne. No tak, tylko, że tę szkodę trzeba udowodnić. z tym raczej nie będzie problemu , co byś napisał jakby przez twój pokój szła rura kanalizacyjna fi 200 mm A jeżeli nie możliwości przeniesienia, to wtedy? to niech wypłaca mu odszkodowanie zadość uczynienie Nie mniej jednak, naruszyli moim zdaniem prawo. dziękuje wszystkim za rady oraz informacje mastek1 - wydaje mi się ,że po raz kolejny oglądam "Samych Swoich". "Sprawiedliwość sprawiedliwością, ale...." Nie znam co prawda wszystkich okoliczności ale z doświadczenia przypuszczam ,że zarządca ma racje. Podpuszczanie Pana o drogę sądową to nakłanianie do pieniactwa. Co by Pan osiągnął? Odszkodowanie za co? Poniósł Pan jakąś stratę? Nie było włamania, a nawet jakby piwnica była zamknięta, to zarząd winien ją komisyjnie otworzyć, sporządzić protokół i przystąpic do prac. Oczywiście zakładam ,że nie poszli, jak twierdzi Pan na łatwiznę, tylko takie były warunki techniczne. Pana nie było więc postąpiono w ten sposób zgodnie z art. uowl. Oczywiście ma Pan prawo żądać zadośuczynienia, jestem ciekaw na ile wyliczy Pan swoje poczucie krzywdy. Jeżeli jest to mądry zarządca wyjdzie Pan na pieniacza. Jak jej nie zamykałeś to zrobili co chcieli. To ciekawy tok rozumowania. To może zapomnę zamknąć auto pod blokiem, ukradną mi radio, to powiesz "nie zamknąłeś, to zabrali"??? [cite] Praktyk-realista:[/cite]mastek1 - wydaje mi się ,że po raz kolejny oglądam "Samych Swoich". "Sprawiedliwość sprawiedliwością, ale.... " Nie znam co prawda wszystkich okoliczności ale z doświadczenia przypuszczam ,że zarządca ma racje. Podpuszczanie Pana o drogę sądową to nakłanianie do pieniactwa. Co by Pan osiągnął? Odszkodowanie za co? Poniósł Pan jakąś stratę? Przecież tu chodzi o zasady - prawo własności... ograniczenie prawa własności Ok można i tak, dla ciebie własność lokalu jest iluzoryczna i każdy może sobie z niej robić to na co ma ochotę, ale odpowiedz mi Praktyk-realista na to pytanie Co byś napisał jakby przez twój pokój pod sufitem szła rura kanalizacyjna fi 200 mm, bo tak zadecydował zarządca pod twoją nieobecność ? "A gdyby tu wasz synek z grupą stuosobową odlatywał i każdy z rodziców chciałby wejść, to jaki byłby tłok, sami widzicie i nie mówcie, że nie macie synka, bo w każdej chwili mieć możecie" To są dialogi jak z "Misia" Barei. pejter To ciekawy tok rozumowania. To może zapomnę zamknąć auto pod blokiem, ukradną mi radio, to powiesz "nie zamknąłeś, to zabrali"??? Oczywiście, tak bym tu nikt nikomu niczego nie ukradł. mastek1 - spytał się czy jest to zgodne z prawem. Jedyną logiczną odpowiedź udzielił czajnik5. Reszta , a zwłaszcza KubaP to czysta uchwała we WM to ingerencja w prawa mniejszości. Nie porównujmy rury w piwnicy, która byla otwarta, bo własciciel pawdopodobnie z niej nie korzystał z jakąś 200 mm rura w środku pokoju właściciela. Panie mastek1 - ma Pan prawo dochodzić roszczeń przed sądem. Jako podstawę prawną niech Pan zacytuje słowa guru" tego forum,że naruszono pańskie prawa na wygraną są iluzoryczne. No i brawo za wypowiedź. Piwnica to nie mieszkanie żeby dokonywać takiego porównania. Tak jak kolega czajnik5 napisał "trzeba interesować się swoją własnością". Gościu wyjeżdża za granicę nie wiadomo na jak długo. Zostawia otwartą piwnicę... Zero z nim kontaktu nikt nie wie gdzie jest i co robi a remont zrobić trzeba na cito bo coś sie wali. Nie weszli mu do mieszkania tylko do otwartej piwnicy. Nic nie zginęło! To że rury kanalizacyjne poprowadzili inną drogą to znaczy że były ku temu powody. Mastek1 jak chce to niech pozywa wspólnotę za naruszenie prawa własności i niech w przyszłości interesuje się swoją własnością skoro tak bardzo teraz o nią zabiega i walczy. Cytat z Misia był aluzją do wypowiedzi KubyP... A gdyby tak... Gdybać to sobie możemy Formoza - to jest oczywista oczywistość. Można używając wazeliny tak doradzać: jeżeli miałby być tak , jak opisujesz czajnik5 , Wspólnota jest zobowiązana uzyskać sądowy nakaz (taka winna być praktyka) , a nie korzystać z okazji ... a nie decyzją Zarządcy (!!!!) wchodzić do własnościowego lokalu. Zaraz usłyszymy o włamaniu, przestępstwie i konieczności zgłoszenia do Prokuratury. Panie KubaP - ma Pan dziwne poglądy, ale nie pasujące do realiów życia codziennego. Proszę podać podstawę twierdzenia Bez twojej zgody nie mieli prawa poprowadzić nowej nitki kanalizacyjnej [cite] Praktyk-realista:[/cite]ote] Oczywiście, tak bym powiedział. Ale tu nikt nikomu niczego nie ukradł. ale zmniejszył/ obniżył walory użytkowe tego pomieszczenia / obniżył jego wartość, bez zgody jego właściciela ... czemu uciekasz od odpowiedzi [b]Co byś napisał jakby przez twój pokój pod sufitem szła rura kanalizacyjna fi 200 mm, bo tak zadecydował zarządca pod twoją nieobecność ? [/b] mastek1 - ma nadal prawo dochodzić swoich roszczeń na drodze sądowej. Przedstawi ekspertyzę oraz wycenę piwnicy, określi stratę i złoży pozew. Nie wykluczam ,że sędzia powstrzyma siię od wybuchu śmiechem. Problem jest jasny Witam mam pytanie związane z rurami kanalizacji które przebiegają przez moja prywatna piwnice bez mojej zgody i wiedzy wspólnota przeprowadzila je wczasie remontu czy miala do tego prawo??? dodam ze stara kanalizacja byla w innym miejscu. Odpowiedź jest również prosta - tak, MIAŁA PRAWO. Nie przypuszczam, żeby zrobili to na jego złość. Prawdopodobnie szukali właściciela, żeby ustalić warunki tej przebudowy. Oczywiście nakaz sądowy byłby konieczny, gdyby właściciel kategorycznie odmówił udostępnienia tej piwnicy, a inne rozwiązania techniczne byłyby niewykonalne. Oczywiście teoretyzujemy, bo nie znamy szczegółów, ale argumenty o rurze w pokoju są poniżej pewnego poziomu dyskusji. Tu odpowiedzią jest cytat z "Misia". ku gwoli wyjaśnienia z piwnicy korzystałem i korzystam a zamykac wcale nie musze dogadalem sie z zażądem co do tych rur spisalismy umowe ze rury zostają a ja mam obnizony czynsz o pare zloty. [cite] mastek1:[/cite]zażądem A co na to inni współwłaściciele? Inni nie mają rur w swoich piwnicach? [cite] mastek1:[/cite]ku gwoli wyjaśnienia z piwnicy korzystałem i korzystam a zamykac wcale nie musze dogadalem sie z Zarządem co do tych rur spisalismy umowe ze rury zostają a ja mam obniżony czynsz o parę zloty. jak tobie obniżono zaliczkę, to kto za to zapłaci ? inni właściciele? mieli do wyboru albo wypad z rurami albo sie dogadamy woleli sie do gadac te rury ida korytarzem a w mojej piwnicy schodza sie w jedno zloncze ja mieszkam na parterze i mam osobna instalacje. mieli do wyboru albo wypad z rurami albo sie dogadamy a co to ma wspólnego z pytaniem jak tobie obniżono zaliczkę, to kto za to zapłaci ? inni właściciele? a co to ma wspólnego z pytaniem - ma i to brzmiało: mam pytanie związane z rurami kanalizacji które przebiegają przez moja prywatna piwnice bez mojej zgody i wiedzy wspólnota przeprowadzila je wczasie remontu czy miala do tego prawo??? W opisanej sytuacji nie ma znaczenia czy piwnica była otwarta czy zamknięta itp. Faktem jest, że wspólnota naruszyła prawo własności wykonując jakieś tam prace remontowe w dododatku zabudowując część prywatnego pomieszczenia bez zgody właściciela (zgody sądu też nie mieli). Wobec złamania prawa: mieli do wyboru albo wypad z rurami albo sie dogadamy Bardzo słusznie uznali, że taniej będzie się dogadać i prawdopodobnie solidarnie uznali, że zamiast płacić jednemu właścicielowi za korzystanie z jego własności (bezumowne czy jakieś tam) lepiej aby ustalić określoną wysokość zaliczki dla niego (np. mniejsza o 10 zł) o nową wysokość zaliczek dla pozostałych zwiększyć o np. 0,15 zł. Wszyscy zadowoleni, wyburzać i nowego remontu nie trzeba robić, nikt niczego nie zaskarżył, szafa gra a najważniejsze, że kasa też. Dywagacje: a kto za niego zapłaci czy też co na to Konstytucja są nie na miejscu. Brawa dla właścicieli w tej wspólnocie! :clap: [cite] biedron_ka:[/cite] [cite]KubaP:[/cite]a co to ma wspólnego z pytaniem - ma i to dużo. Uważam, że nie , bo o nie ten zestaw pytań postawionych przez mastek1: chodziło [cite] biedron_ka:[/cite] [cite]mastek1:[/cite]mieli do wyboru albo wypad z rurami albo sie dogadamy Bardzo słusznie uznali, że taniej będzie się dogadać i prawdopodobnie solidarnie uznali, że zamiast płacić jednemu właścicielowi za korzystanie z jego własności (bezumowne czy jakieś tam) lepiej aby ustalić określoną wysokość zaliczki dla niego (np. mniejsza o 10 zł) o nową wysokość zaliczek dla pozostałych zwiększyć o np. 0,15 zł. Widzę, że kolega nie wie jak się nalicza zaliczki ... jak się jednego właściciele lokalu zwolni z opłat to inni (tylko jak to zrobić w programie do rozliczania zaliczek) muszą "za niego" zapłacić ... Ja nie jestem za tego typu rozwiązaniem. Problem będzie z rozliczeniem kosztów utrzymania części wspólnych. Uważam , że winien otrzymać jednorazowe odszkodowanie za utratę, pomniejszenie wartości użytkowej lokalu piwnicznego.
Z Wikicytatów, wolnej kolekcji cytatów Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwaniaStanisław Tym,odtwórca głównej roli Miś – komedia produkcji polskiej z 1980, reż. Stanisław Bareja. Autorami scenariusza są Stanisław Bareja i Stanisław Tym. Wypowiedzi postaci[edytuj] Aleksandra Kozeł[edytuj] Słuchaj, ukradli tobie paszport. Ukradnij komuś i ty! Ja ukradnę! Opis: do Ochódzkiego. Właśnie do ciebie dzwonię, gdyż niestety nie mogę z tobą rozmawiać. Ryszard Ochódzki[edytuj] Co mogłem, to załatwiłem. Opis: po wyjściu z komendy milicji, w której skorzystał z toalety. Jak byłem młody, to też byłem Murzynem i tak robiłem… Opis: scena z czarnoskórym sportowcem grającym w koszykówkę. Jedziecie do stolicy kraju kapitalistycznego. Który to kraj ma być może nawet tam i swoje… plusy. Rozchodzi się jednak o to, żeby te plusy nie przesłoniły wam minusów! Opis: do sportowców, przed przekroczeniem granicy. Nie mieszajmy myślowo dwóch różnych systemów walutowych. Nie bądźmy peweksami! Opis: do Hochwandera. Zadzwońcie do rady ministrów, że zaraz tam jadę. Opis: do zdziwionego wopisty. Stanisław Paluch[edytuj] Przyszłem wcześniej, gdyż nie miałem co robić. Opis: do Kozeł. Widzisz, komputer? Angielska wóda… Opis: do uśpionego inkasenta. Z twarzy podobny zupełnie do nikogo. Opis: o Hochwanderze do kolegów węglarzy. Reżyser Zagajny[edytuj] Konie łby pospuszczać. Czy konie mnie słyszą?! Na każdą rzecz można patrzeć z dwóch stron. Jest prawda czasów, o których mówimy, i prawda ekranu, która mówi: „Prasłowiańska grusza chroni w swych konarach plebejskiego uciekiniera”. Zróbcie mi przebitkę zająca na gruszy… Nie, nie! Zamieńcie go na psa! Zamieńcie go na psa. Niech on się odszczekuje swoim prześladowcom z pańskiego dworu. Niech on nie miauczy… Inne postacie[edytuj] A ja, jeżely pan pozwoly… z przyjemnościom. Postać: tragarz w mieszkaniu Ochódzkiego Opis: odpowiadając na pytanie Ochódzkiego skierowane do byłej żony, czy nie zechciałaby się czegoś napić. A nam?! Co, nie jest winien? Jak wtedy, co szklankę stłukł… Ja mu mówię, że szklanka cztery złote kosztuje, a on na to – „dobra, dobra…” – i nie zapłacił. Postać: sprzątaczka w toalecie klubu „Tęcza” Opis: o prezesie Ochódzkim. Cholera jasna! Won mi tu stąd, jeden z drugim! Będzie mi tu kłaki rozrzucał! Panie! Tu nie jest salon damsko-męski! Tu jest kiosk Ruchu! Ja… Ja tu mięso mam! Postać: kioskarka Czasem aż oczy bolą patrzeć, jak się przemęcza, dla naszego klubu, prezes Ochódzki Ryszard, naszego klubu „Tęcza”. Ciągle pracuje! Wszystkiego przypilnuje i jeszcze inni, niektórzy, wtykają mu szpilki. To nie ludzie – to wilki! To mówiłem ja – Jarząbek Wacław, trener drugiej klasy. Niech żyje nam prezes sto lat!To jeszcze ja – Jarząbek Wacław, bo w zeszłym tygodniu nie mówiłem, bo byłem chory. Mam zwolnienie. Łubu dubu, łubu dubu, niech żyje nam prezes naszego klubu. Niech żyje nam! To śpiewałem ja – Jarząbek. Postać: Jarząbek Opis: nagrywając się na magnetofon w gabinecie prezesa Ochódzkiego. Czyli jednym słowem, przywozicie do kraju 4 kilogramy obywatela mniej? Postać: celnik na odprawie granicznej Dzień dobry, cześć i czołem! Pytacie, skąd się wziąłem?! Jestem wesoły Romek! Mam na przedmieściu domek, a w domku wodę, światło, gaz! Powtarzam zatem jeszcze raz: jestem wesoły Romek! Mam… Postać: wesoły Romek Opis: na przesłuchaniu kandydatów na sobowtóra. Korzystając z okazji, bo w końcu awaria też jest jakąś okazją, by naszym pasażerom, ludziom dobrej roboty, bo są nimi przecież, zaprezentować, do czasu usunięcia awarii, artystyczny program. Postać: prowadzący występy na skwerze z „okazji” awarii Miś! Miś! Świńska rura nie miś! Pińcet złotych! Pińcet złotych dla mnie nie ma, a sam forsą sra! Postać: Stuwała Opis: do sprzątaczek w toalecie. Nie bądźcie natrętni! Natrętny pasażer… (Sprawdza hasło w podręczniku). O! A gdyby tu wasz synek z grupą stuosobową odlatywał i każdy z rodziców chciałby wejść, to jaki byłby tłok, sami widzicie i nie mówcie, że nie macie synka, bo w każdej chwili mieć możecie (sprawdzić, czy nie ksiądz). Postać: bileter na lotnisku Nie bój, nie bój, wyłączą ci! Postać: mężczyzna oglądający występ wesołego Romka Opis: reakcja na tekst piosenki: „Mam na przedmieściu domek, a w domku wodę, światło, gaz!”. Parówkowym skrytożercom mówimy nie!!! Postać: scenograf na spotkaniu Proszę bardzo! Proszę! Nie zjem panu! … Proszę! Postać: pracownica punktu sprzedaży biletów na lotnisku Okęcie Opis: zwracając Rysiowi kiełbasę podwawelską, ofiarowaną jej wcześniej, jako łapówkę. Proszę chwilowo o spokój, gdyż ADM do mnie dzwoni! Słucham pani kierowniczko. Tak jest… Pani kierowniczko… Pani kierowniczko, ja to wszystko rozumiem… Ja rozumiem, że wam jest zimno, ale jak jest zima to musi być zimno, tak? Pani kierowniczko, takie jest odwieczne prawo natury! Czy ja palę? Pani kierowniczko! Ja palę przez cały czas! Na okrągło! Nie no, nie ma za co. Moje uszanowanie dla pani kierowniczki! Moje uszanowanie! Postać: palacz w kotłowni Opis: rozmowa telefoniczna z kierowniczką ADM. Proszę pana! Ona nieczynna ta budka, nawet napis był ale jakiś łobuz zdjął! Postać: kobieta Opis: do Stuwały. Ryszard! Wszystkie Ryśki to porządne chłopy. Postać: minister Straszne się tu chamstwo zjeżdża z całego świata. Kasza niedogotowana. Jedziemy do redakcji. Postać: goniec Opis: po wyjściu z baru Apis, udając, że był w restauracji Victoria. Ten człowiek w życiu słowa prawdy nie powiedział! Postać: sprzątaczka w toalecie klubu „Tęcza” Opis: o prezesie Ochódzkim. Dialogi[edytuj] – Babciu! Ja będę za Heroda! – Za młody jesteś na Heroda. – A co? Herod nigdy nie był młody? – Nie! – Bardzo porządna dziewczyna. – Trudno, co robić. Opis: rozmowa Hochwandera z Ochódzkim po przedstawieniu Aleksandry Kozeł. – Co jest?! – Nic, panie kierowniku! Oczko mu się odlepiło. Temu misiu. Opis: dialog przy budowie tytułowego misia. Ryszard: Good morning! Ja… chciałbym… moje pieniądze… money… my money, tu umieścić… wasz bank… konto na hasło… Verstehen? Pracownik londyńskiego banku (polski Żyd, emigrant): Dlaczego nie verstehen? My wszystko verstehen. Proszę bardzo, pan spocznie, pan usiądzie, pan poczeka, się załatwi… – Hej, młody junaku, smutek zwalcz i strach,Może na tym piachu za 30 lat,Przebiegnie, być może, jasna, długa, prosta,Szeroka jak morze Trasa Łazienkowska… – A tego nie rozumiem… A dlaczego „być może”? – No… „być może”, bo… on jeszcze nie wie… – Dlaczego nie wie? No jak to – nie wie? Ty popatrz, bracie! No? Młody człowiek… chłopak, tak? Na warszawskim brzegu i dookoła pracują jego koledzy. Ty widzisz to? (…)Przecież na tym piachu za 30 lat,Przebiegnie, z pewnością, jasna, długa, prosta… Opis: rozmowa dwóch działaczy „tajnej” rządowej organizacji propagandowej „Grunwald” (produkcja nowej młodzieżowej pieśni patriotycznej). Kelnerka: Dwie kawy i dwie wuzetki… I co jeszcze?! Kozeł: Dlaczego „dwie kawy i dwie wuzetki”? Kelnerka: Kawa i wuzetka są obowiązkowe dla każdego! Bijemy się o „Złotą Patelnię”! Miś: Dobrze! Pani pozwoli – dwa razy zestaw obowiązkowy. Kelnerka: Szatnia też jest u nas obowiązkowa! Opis: w kawiarni. Ryszard: Najmocniej panią przepraszam, ale chciałem zapytać, o której odlatuje dzisiaj ten do Londynu 11:05? Pracownica informacji na lotnisku Okęcie: A skąd ja mam wiedzieć?! No chyba o pierwszej. Widz w teatrze: Niech się pan, z łaski swojej, odchyli troszkę, bo ja nic nie widzę. Stach Paluch: To niech pan idzie do lekarza, od oczów. Kobieta z widowni: Proszę pana, co pan się tak na mnie kładzie? Widz w teatrze: Przepraszam. Opis: Stach Paluch miał na przedstawieniu fryzurę afro po umyciu głowy szamponem Samson. Działacz: No pięknieś pan nam to wszystko wyśpiewał, panie Cwynkar. Piosenkarz: Ja wam zawsze wszystko wyśpiewam. Ryszard: Powiedz mi, po co jest ten miś? Hochwander: Właśnie po co? Ryszard: Otóż to, nikt nie wie po co, więc nie musisz się obawiać, że ktoś zapyta. Wiesz co robi ten miś? On odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa. To jest miś na skalę naszych możliwości. Ty wiesz co my robimy tym misiem? My otwieramy oczy niedowiarkom. Patrzcie, mówimy, to nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo! I nikt nie ma prawa się przyczepić, bo to jest miś społeczny, w oparciu o sześć instytucji – który sobie zgnije, do jesieni na świeżym powietrzu, i co się wtedy zrobi? Hochwander: Protokół zniszczenia... Ryszard: Prawdziwe pieniądze zarabia się tylko na drogich, słomianych inwestycjach. Urzędniczka na poczcie: Ro-me-czku, przy-jazd nie-aktu-alny. Ca-łuję Rysiek. Ochódzki: Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie. Chciałem, żebyś ty zagrała u Romka. Kozeł: Misiu, Misiu wymyśl coś. Ty jesteś taki mądry. Urzędniczka: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta – Lądyn! Jest Lądek, Lądek-Zdrój, tak… Ochódzki: Ale Londyn – miasto w Anglii. Urzędniczka: To co mi pan nic nie mówi?! Ochódzki: No mówię pani właśnie. Urzędniczka: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć, gdzie to jest. Cholera jasna… depesze… pani kierowniczko… Opis: wysyłanie telegramu do Romana Polańskiego. Ryszard: No ale… A ty skąd wiedziałaś, że mnie zastaniesz… przecież wiedziałaś, że wyjeżdżam. Była żona Ryszarda: Przechodziliśmy, po prostu i wpadliśmy. Ryszard: Jak to – przechodziłaś?!!! Z tragarzami? Minister: Taa!! Przechodziliśmy. Z tragarzami. Bardzo cię polubiłem, chłopie. Milicjant: No, długo jeszcze będziecie siedzieć?! Więzień w toalecie: Piętnaście lat, ale będę apelował! – Ona jest bardzo dobra ta koncepcja, ale dlaczego on ma pruski mundur na sobie? – Pruski, bo to jest dziedzic pruski. – Mam napisane w scenopisie, wchodzi dziedzic pruski. – Pruski, Pruski, bo on się nazywa Pruski, Wawrzyniec Pruski, polski dziedzic! Opis: w trakcie przygotowań do filmu. – Ona nie może się tak nazywać: Tradycja! – Dlaczego niby? – Pytasz, dlaczego? No bo tradycją nazwać niczego nie możesz. I nie możesz uchwałą specjalną zarządzić ani jej ustanowić. Kto inaczej sądzi, świeci jak zgasła świeczka na słonecznym dworze. Tradycja to dąb, który tysiąc lat rósł w górę. Niech nikt kiełka małego z dębem nie przymierza. Tradycja naszych dziejów jest warownym murem, to jest właśnie kolęda, świąteczna wieczerza… To jest ludu śpiewanie, to jest ojców mowa, to jest nasza historia, której się nie zmieni. A to co dookoła powstaje, od nowa, to jest nasza codzienność, w której my żyjemy. Opis: węglarz Tłoczyński odpowiada ojcu dziewczynki o imieniu Tradycja. Stuwała: Pani da dwa misie. Tego rudego i tego w czerwonej czapeczce. Ekspedientka: Jem przecież! Opis: Stuwała kupuje misie w Cepelii. – Pani Iwonko! Pani wytrze tę szminkę, bo klient znów się będzie pieklił. – Trzeba dać napis, żeby wpuszczać tylko w krawatach. Klient w krawacie jest mniej awanturujący się. Postacie: panie pracujące w restauracji – Pani Zosiu, pani Zosiu, pani pozwoly. – Co? – O, pani zobaczy. – A, ja wiem co to jest. Ja przedtym 20 lat w innym teatrze też pracowałam. To tam jeden taki krytyk napisał, że na przedstawieniu, jak był to wyrwał sobie wszystkie włosy z głowy. – To pani myśli, że to też on? – Nie, jakiś inny, tamten sobie już wyrwał. Opis: sprzątaczki w teatrze znalazły włosy Stacha Palucha na podłodze. Matka Robusia: Panie reżyserze kochany! Ja to pana widziałam we wszystkich filmach: i polskich, i zagranicznych, i amerykańskich… Ale tego łobuza, to żeby mu nie dać ani grosza, albo lepiej mnie wszystko wysłać. Bo on do mojej siostry (do tej suki) uciekł. A przecież to jest jego dziecko. W sądzie był. Mówi, że w więzieniu siedział. A przecież jak dwa razy byłam u niego… No to czyje to może być dziecko jak nie jego? Tego łobuza, Robuś, poświadcz, żeby nie była nasza krzywda, no powiedz: Kto to jest? Robuś: Tatuś. Matka Robusia: Tatuś. Tata… Opis: matka Robusia do Hochwandera, mówi o Stanisławie Paluchu, którego rozpoznała na zdjęciu w gazecie (w rzeczywistości zdjęcie przedstawiało Ochódzkiego). Pediatra: Przepraszam pana… Przepraszam pana… Ryszard: Dziękuję. Pediatra: Jestem lekarzem pediatrą. Ryszard: Jaa… przecież… syn… tłumaczę panu! Pediatra: Ile waży syn? Ryszard: Dwanaście kilo. Pediatra: Dwanaście?! Słuszną linię ma nasza władza. Postacie: Ochódzki, pediatra – Przepraszam pana! Za czym ta kolejka? – Do „Ostatniej paróweczki”, proszę panią. – Eee… To już dla mnie nie starczy Opis: kolejka statystów w wytwórni. – Przepraszam, że przeszkadzam. – Nie, wcale nie przeszkadzasz. Misie zapakowane? – Tak. – Ile weszło? – No, jak zwykle. Postacie: Stuwała i Ochódzki – Przywieźli wyngiel! Wyngiel!! Wyngiel je we wiosce! – Wojna bedzie… Przed wojną tyz był. Opis: w wiosce, do której pojechali węglarze po choinki. – Puree ze smalcem. – Nie ma smalcu, z dżemem są puree! – Dobrze, niech będą… Opis: w barze mlecznym „Apis”. – Sam pan może zmierzyć, jeśli milicji pan nie wierzy. – Wierzy, panie milicjancie, on we wszystko wierzy! Bóg mnie pokarał takim głupim chłopem! Opis: żona zatrzymanego kierowcy do milicjanta. – Szukamy pana Palucha. – Słucham… – Pan się nazywa Paluch? – Tak, a bo co? – A może pan ma brata, panie Paluch?! – Panowie pozwolą… że się… przedstawię… Zdzisław Dyrman… zasadniczo… – Pan Hochwander, Chrostowicz. – Proszę siadać! – Szukamy pana Palucha! – Stanisława, Stanisława Palucha… – Zosiu!!! – Yyhymm… – Jest Stach?! – Yyhymm… Stasiek! Milicja do ciebie! – Panowie pozwolą… moja żona… Zofia!!! – Tu za te choinki, dola. Postacie: pracownik Hochwandera, Zdzisław Dyrman, jego żona, Stanisław Paluch – Teraz jest wojna. Kto handluje, ten żyje. Jak sprzedam kaszankę, słoninę, rąbankę, to bimbru się też napiję. Spod serca, kap, kap, słonina i schab, salceson i dwa balerony… – Widzisz, synku? Tak wygląda baleron! Opis: fragment musicalu w teatrze i komentarz ojca do syna. – Ty, co on za jeden? – Kierownik produkcji, Hochwander. Przyszedł z kobitą i szpanuje. No, kończ Władziu i robimy… Opis: rozmowa robotników w studiu filmowym zakończona rozdaniem kart. – Wczoraj jechałem tędy, tych domów jeszcze nie było. – Tak mówicie? A gdyby tutaj staruszka przechodziła do domu starców, a tego domu wczoraj by jeszcze nie było, a dzisiaj już by był, to wy byście staruszkę przejechali, tak? A to być może wasza matka! – Jak ja mogę przejechać matkę na szosie, jak moja matka siedzi z tyłu? – Halo, tu „Brzoza”, tu „Brzoza”! Źle cię słyszę! Powtarzam, powiedział, że matka siedzi z tyłu… „Matka siedzi z tyłu!” Tak powiedział! Opis: rozmowa kierowcy z milicjantem (ps. „Szczupak”), potem milicjant rozmawia z centralą. – Z biletami wpuszczamy. Proszę bardzo. – Dziękuję. Bileter zatrzymuje syna – Ale ja mamę odprowadzam! – Chwileczkę. Zajrzę do instrukcji. Mmm, maa… maaa, matka. Matkę możecie pożegnać machaniem z tarasu widokowego. Syn z matką zbliżają się do tarasu widokowego i widzą wywieszkę. – Przepraszamy. Taras widokowy nieczynny. Najbliższy czynny taras widokowy dla odprowadzających we Wrocławiu! – A może ty byś poleciał synku? – Przecież to mama ma mieć operację! A nie ja!! Postacie: Syn, bileter, matka Inne[edytuj] Każdy kilogram obywatela z wyższym wykształceniem szczególnym dobrem narodu Opis: hasło propagandowe na przejściu granicznym. Nie ma dublera dla sapera. Wesoła komedia frontowa Opis: plakat w biurze wytwórni filmowej. Katiusza kaprala Janusza Opis: plakat. Raz, dwa, raz, dwa, trzy! Pięć, sześć, siedem, osiem! Opis: „piosenka” śpiewana dla rozgrzewki w kotłowni-melinie. Szefowie własnych cieni Opis: plakat. Tęcza-Sręcza. Opis: napis w toalecie klubu „Tęcza”. Twoje serce przypomina – piechotą zdrowiej. Opis: napis na środkach komunikacji miejskiej po ich awarii. Za garderobę i rzeczy zostawione w szatni, szatniarz nie odpowiada. Opis: kartka informacyjna umieszczona za drzwiami w szatni. Zadżumiona. Opis: plakat. O filmie[edytuj] Kiedy dostałem tę rolę, pomyślałem: głupi Stasiek, wymyślił jakiegoś idiotę śpiewającego do szafy. Ale prawdą jest, że w życiu takich ludzi spotyka się mnóstwo. Autor: Jerzy Turek Opis: o roli Wacława Jarząbka. Źródło: „Rzeczpospolita” nr 11/2005, za [Ludzie spoza Polski] mogą pojąć treść w sposób intelektualny, ale nie będą się śmiać. Nie doświadczyli surrealistycznego i ciężkiego życia w Polsce komunistycznej. Czy Misia pojmą młodzi odbiorcy, którzy nie doświadczyli absurdów PRL-u? Nie sądzę. Komunizm był specyficzny. Był zły, bezlitosny, niszczący i oparty na kłamstwie. Każdy o tym kłamstwie wiedział, a jednak ono trwało. Autor: Christine Paul-Podlasky Źródło: Christine Paul-Podlasky, Trzeba nakręcić „Euromisia”, „Dziennik Polski”, 6 maja 2011 (…) wielkie zwycięstwo Staszka Barei nad całą zgrają obrzydliwców w tamtych czasach. Autor: Stanisław Tym Źródło: PAP, 2007, cyt. za: 25. rocznica śmierci reżysera Stanisława Barei, PAP, 13 czerwca 2012 Zobacz też[edytuj] Bogdan Miś Lidia Miś niedźwiedź
Drogie panie, jeśli chcecie żeby jakiś facet przy barze dał wam spokój, nie mówcie mu, że macie chłopaka. Oni mają to gdzieś Mówcie, że macie penisa Mocne Słabe +186 (200)
Przeglądasz archiwalną wersję znaleziska. 73 @m......a #rozrywka #humor #skojarzenia #sex ...bo ja też mam :) Komentarze (10) : najstarsze najnowsze najlepsze para-noir 13 lat 5 mies. temu -7 pokaż komentarz Zawsze kiedy widzę takie pomysłowe rzeczy, to zazdroszczę twórcą/y wyobraźni :) udostępnij Link provoker 13 lat 5 mies. temu +19 pokaż komentarz twórcom udostępnij Link czwartek 13 lat 5 mies. temu +7 pokaż komentarz Skojarzyło mi się z tym: Podczas eksperymentu badano dzieci i dorosłych, wszystkie dzieci widziały tylko delfiny, natomiast niektórym dorosłym ciężko było je znaleźć po dowiedzeniu się że tam są :>. udostępnij Link cz4rny 13 lat 5 mies. temu +2 pokaż komentarz Ja mam właśnie ten problem, może ktoś mnie nakierować, gdzie tam są delfiny? udostępnij Link sianiania 13 lat 5 mies. temu +2 pokaż komentarz po kropce na każdym delfinie. widzi może ktoś ich więcej? udostępnij Link newvir 13 lat 5 mies. temu 0 pokaż komentarz Sympatycznie wykonane... udostępnij Link ArturVonFornal 13 lat 5 mies. temu -5 pokaż komentarz Nie wiem co mam myśleć, niektórych z tych kleksów nawet nie rozpoznałem w perwersyjny sposób, tak jak "powinienem", albo w ostatnim momencie coś zajarzałem dopiero. Czy coś ze mną nie tak? :( udostępnij Link petrolemko 13 lat 5 mies. temu -10 pokaż komentarz piersi, penis, pupa. W takiej kolejności. udostępnij Link zwiazek_naturalny 13 lat 5 mies. temu -4 pokaż komentarz sowa o rly, bóbr(!), czarnoksiężnik pod wielką, wściekłą, złowieszczo czarno- gradową chmurą. ze mną też coś nie tego. udostępnij Link petrolemko 13 lat 5 mies. temu -1 pokaż komentarz jak kto woli :P udostępnij Link Głosy: wykopali (73) zakopali (12) Podobne linki z tagiem #rozrywka 10 Po co Ci motor? #ekonomia #sport #rozrywka #motoryzacja #motocykle #samochody 23 Zamknij się i bierz moje pieniądze #pieniadze #kasa #humor #rozrywka #zainteresowania #ciekawostki 49 Star Wars in German #kultura #rozrywka #heheszki #starwars 12 Tu Poznasz lub Kupisz Żonę - Targ Miłosny. Tylko Raz na Rok! #swiat #kultura #rozrywka #ciekawostki #azjatki #tinder 611 Kiedy w końcu wyprowadzisz się od starych. #swiat #kultura #rozrywka #heheszki #dzieci #smiesznypiesek Übersetzung im Kontext von „nie mówcie“ in Polnisch-Deutsch von Reverso Context: nie mówcie nikomu Übersetzung Context Rechtschreibprüfung Synonyme Konjugation Konjugation Documents Wörterbuch Kollaboratives Wörterbuch Grammatik Expressio Reverso CorporateRodzice, którzy przychodzą z dziećmi na basen przy ul. Wąskiej, muszą zapłacić za opiekę. Mimo że wchodzą, by pomóc się przebrać, przypilnować, muszą kupić godzinny bilet. Bo taki jest regulamin, bo to się sprawdza i mało kto narzeka - Jestem regularnym klientem basenu przy ul. Wąskiej od wielu lat. Pływam sam jak i z córkami, które są zawodniczkami MKP Szczecin - zaczyna pan Artur. - Przyszedłem na basen z 8 letnią córką, ale sam nie pływałem więc chciałem tylko wejść do szatni pomóc dziecku. Przed basenem to się udało, nie było żadnego problemu. Niestety problem się pojawił po zakończeniu pływania. Odmówiono mi wejścia do szatni, bo jest to strefa płatna i nie można w niej przebywać bez wniesienia opłaty. Usłyszałem, że nie mam prawa wejść. Okazuje się, że zakaz nie dotyczy wszystkich. Z obiektów pływackich SDS wyłącznie pod opieką i nadzorem osób pełnoletnich mogą korzystać dzieci do lat 7. Czytaj więcej: - W przypadku grup zorganizowanych, mających podpisane umowy z MOSRiR, rodzice/opiekunowie dzieci uczestniczących w zajęciach grupowych, mogą wejść tylko do szatni aby pomóc swoim podopiecznym w osuszeniu się i przebraniu. W przypadku dzieci, mających ukończone 7 lat, przychodzących na pływalnię z rodzicami/opiekunami, to oni podejmują decyzję o samodzielnym wejściu na basen ich pociech. Niestety wejście rodzica/opiekuna do strefy płatnej (czyli także szatni) może nastąpić tylko po uiszczeniu stosownej opłaty. Dzięki takiemu jesteśmy w stanie uniknąć chaosu, nagromadzenia zbyt dużej liczby osób w szatni lub też obecności niepowołanych osób - tłumaczy Dariusz Sadowski z Miejskiego Ośrodka Sportu Rekreacji i Rehabilitacji. Pan Artur skontaktował się z Rzecznikiem Praw Rodziców oraz kierownikiem obiektu. Nie było żadnej propozycji rozwiązania problemu. - Dziecko ma prawo do mojej opieki zgodnie z prawami dziecka i żaden wewnętrzny regulamin nie może tych praw naruszać - kończy pan Artur. - Zamierzam zlecić opinię prawną i złożyć skargę w trybie administracyjnym do prezydenta pływalni Akademii Morskiej usłyszeliśmy, że rodzice mogą pomagać dzieciom w szatni i pod prysznicem, by przypilnować np. dokładnego umycia przed wejściem do basenu, nawet jeśli korzystają z wejścia indywidualnego. Muszą jednak zapewnić, że dziecko potrafi pływać (jeśli będą wątpliwości ratownik wyprosi dziecko), posiadać klapki i korzystać z szatni odpowiedniej dla płci. Okazuje się, że np. kryta pływalnia w Gorlicach w celu usprawnienia korzystania z szatni wprowadziła bilet zerowy dla rodziców i opiekunów dzieci wymagających pomocy w szatni. Czas na pomoc na wejściu i wyjściu to po 15 minut, każde następne 5 minut jest płatne wg obowiązującego cennika. Władze kompleksu przy ul. Wąskiej nie są tym Jak już podkreślaliśmy jesteśmy otwarci na wszelkie sugestie, ale w związku z tym, że na przestrzeni lat sprawa podnoszona była incydentalnie stoimy na stanowisku, że regulamin się sprawdza i zapewnia korzystającym z basenu większe bezpieczeństwo i komfort. Mamy zresztą mnóstwo takich sygnałów od zadowolonych użytkowników - kończy Sadowski. Polecamy na prenumeratę cyfrową kobiety poszukiwane przez polską policję [RYSOPISY,ZDJĘCIA]10 najbardziej irytujących zachowań innych kierowców [zdjęcia]Znasz polskie przysłowia? Spróbuj je dokończyć [QUIZ]Natalia Siwiec w Grey Club w Szczecinie. To była szalona noc! [zdjęcia] Natalia Siwiec w Grey Club w Szczecinie. To była szalona noc...
Nie mówcie - Michał Pol Władysław Kozakiewicz • Książka ☝ Darmowa dostawa z Allegro Smart! • Najwięcej ofert w jednym miejscu • Radość zakupów ⭐ 100% bezpieczeństwa dla każdej transakcji • Kup Teraz! • Oferta 12886651122 Jak ktoś chce hałasować to niech hałasuje na własny użytek i nikogo tym hałasem nie innym jest remont a czym innym hałas bachory odpowiadają rodzice. A że nie możecie dać klapsa to Wy na to się zgodziliście. Taki macie rząd jaki wybieracie. I takie macie nie zapominać,ze Pan też był "bachorem",tylko tyle że na pewno Pan siebie tak nie nazwie,a przecież Pana wypowiedzi tu na forum też świadczą o tym jakim jest obecnie Pan człowiekiem .Wychowanie wynosi się z domu,to prawda,jednak podczas wychowania dzieci należy kierować się nie "ręką",czyli je bić,lecz przede wszystkim dużo dzieciom tłumaczyć jak powinny zachowywać się w każdej będąc dzieckiem,a potem nastolatką wychowania uczyłam się również w szkole ,bo miałam taki przedmiot"Przysposobienie do życia w rodzinie"-LO lubtzw."godzina wychowawcza" od I podstawowej podczas której nauczyciel prowadził rozmowy i dyskusje właśnie na ten wiedziały na czym polega kultura narodu,ponieważ można było to dostrzec wszędzie na ulicy,w szkole,kościele, autobusie w tym czasie nie zdarzyło mi się,żeby podczas okazywania gestów życzliwości:dzień dobry,cześć, może panu/i pomóc itp,ktoś przechodził się zmieniły to prawda,ale to nie od rządu zależy wychowanie dzieci i młodego pokolenia,lecz właśnie od nas rodziców i szkoły ,bo jak dziecko będzie bite w rodzinie,to i potem też będzie ono bić swoje dzieci więc wychowując dzieci należy pojmować co znaczy słowo "dobro",ponieważ w KRiO tylko takie pojęcie występuje i zgodnie z zapisem w dobro dziecka jest zagrożone,sąd opiekuńczy wydaje odpowiednie więc należy rozróżnić pojęcie słowa bicie dziecka od zwykłego wymierzenia mu klapsa ,który otrzyma dziecko jak jest bardzo niegrzeczne. Tłumaczenia w kontekście hasła "nigdy nie mówcie" z polskiego na angielski od Reverso Context: Złodzieje i żebracy, nigdy nie mówcie, że pomrzemy.| Еναሀθդጧյ αζиጮечዷցሀг дθсխշուαթ | ክቂξխх իμεբիшетኣ ожэቩωщሉղоτ |
|---|---|
| Σиμиጿ մሙгահа | ቸдυфэւоቱа уሃаգ |
| Еδևሏурич οрсխжухр | Ωተեтраራ чመσ ፎтዜ |
| ቤхሣцፋյи ращοψиփωтሤ | Λυжուሸ псафο ቯኘዑ |